sucha struga

Wreszcie nadeszła długo przez nas oczekiwana wiosna. Nie mogliśmy się już doczekać, żeby kontynuować remont naszej chatki, a ja dodatkowo zaplanowałam, że posadzę warzywnik, trochę sadu owocowego i ogródki skalne.

W czasie kiedy Witold kopał fundamenty (niektórzy już wiedzą, że budujemy dom od góry do dołu :), bo dach już jest, więcej tutaj), ja postanowiłam sprawdzić czy da się coś posadzić w naszym od lat nieuprawianym ogródku. Zaczęłam go plewić jakąś ubogą motyczką, ale na szczęście sąsiad się zlitował, zaprzęgł konia i przeorał mi cały kawałek, bo chyba bym przekopywała ziemię następne 100 lat za karę. Pełno w niej było chwastów, masa korzeni. Trzeba było ją porządnie poruszyć i nawieść obornikiem. Byłam pod wrażeniem siły, zapału i dokładności mojego ponad 60 letniego sąsiada, który niestrudzony walczył z płochliwym, młodym koniem i dzielnie orał moje poletko. Już zapomniałam jak ciężka jest praca w polu. Szczególnie w takim miejscu, gdzie górale nie dysponują najnowszymi maszynami, a ziemi daleko do żyznej. Za to kamieni ci u nas dostatek. Ciężkie jak dla mnie widły dały się we znak mojemu kręgosłupowi i pozostawiły znaki w postaci pięknie nabrzmiałych pęcherzy na dłoniach. Oj te miastowe to niezwyczajne i takie słabe.

  
Sąsiadka przybiegła z wiadrem ziemniaków sadzeniaków i zaczęłam obsadzać moje całkiem świeże poletko. Zasadziłam też trochę ekologicznego topinambura, głównie na próbę. Jestem ciekawa co z tego wyjdzie. Zasiałabym więcej, ale niestety, jak się można było spodziewać, w okolicy nie uwidzi ekologicznych sadzonek czy nasion. Postanowiłam zmówić nasiona w Internecie i zasadzę następnym razem.

   
Mimo, że praca w polu była ciężka, dała mi straszne dużo radości i sensu. Pracując na co dzień w mieście nie widać tak efektów pracy jak tutaj. W krzyżu strzykało, ręce bolały, ale wystarczyło odwrócić głowę na góry i o wszystkim się zapominało. Szacunek dla wszystkich ciężko pracujących w polu. Dopiero jak samemu się spróbuje prawdziwego życia tutaj, to rozumie się więcej. Tutaj wysoko w górach codzienne życie nie jest łatwe. Moim zdaniem jest dużo cięższe niż w mieście mimo ciągłego narzekania ludzi na dojazdy, korki, ceny itd. Nie zasiejesz – nie masz co jeść. Nie przypilnujesz od dzików – nie masz co jeść. Nie oplewisz – nie masz co liczyć na plon. Pracy jest ogrom, żeby móc wyhodować sobie kilka marchewek.

Przez te parę bardzo słonecznych i ciepłych dni udało nam się wykopać fundamenty pod chatą i je zalać z pomocą innego nieocenionego sąsiada, którego musiałam ganiać po polu, żeby wziął pieniądze za ciężką pracę. Na szczęście jeszcze jesienią poprzedniego roku, zalaliśmy fundament z przodu chaty. Chyba z nim było najwięcej pracy, bo trzeba było zlikwidować bardzo wysoką podmurówkę z kamieni. Ciężkie, kilkunastokilogramowe kamienie trzeba było ręcznie usunąć, wykopać i wylać fundament, żeby je później poukładać na nowo. Byliśmy zadowoleni, że plan się powiódł, bo w następnej kolejności trzeba będzie zrobić wylewki pod cały dół chaty, gdzie będzie główna izba, łazienka i sień ze schodami prowadzącymi na piętro. Przyznam, że marzę o tym, żeby w końcu normalnie się umyć, bo teraz to tylko miska, a noszenie wody z kranu na dole, na piętro po drabinie jest nie tylko niewygodne, ale cholernie ciężkie. Zapraszam na darmowy trening funkcjonalny :) Na co dzień nie zastanawiam się nad tym, że bieżąca ciepła woda z kranu to cud! Nie wyobrażacie sobie w jakiej ilości wody człowiek jest w stanie się umyć jak nie ma do niej takiego dostępu jak w mieście. Użyłam chyba 3 litrów wody do kąpieli razem z myciem i płukaniem głowy. Taka ekologia jest męcząca dla kogoś kto większość życia spędził w mieście, ale tam w górach woda jest cenniejsza niż złoto. Szanuje się ją. I rozumiem już słowa sąsiada, który mówi, że mogłoby w końcu popadać, bo jak nie ma deszczu to i źródełka suche i nie ma co pić ani człowiek, ani zwierzęta. Życie.
Także jak zrobimy sobie w końcu łazienkę to chyba przeżyję szok, a kto do mnie przyjedzie w odwiedziny niech nie liczy na długie kąpiele z lejącą się nieustannie spod prysznica wodą.


Poświęciliśmy już bardzo dużo energii, żeby zerwać stary dach pokryty strzechą. Narobiliśmy sobie tym niezłego bałaganu wokół chałupy. Wszędzie leżały tylko kicorki (słoma z dachu) i drewno, raj dla mysz. Niektóre belki da się wykorzystać na wykonanie jakiś mebli. Trzeba było zerwać w izbach tynk, żeby sprawdzić jakość bali i w przyszłości położyć specjalny kit pomiędzy. Suma summarum, okazało się, że z całego 16 metrowego domu zostało 5,5 m czyli jedna izba. Reszta bali nie nadawała się na ściany naszego domu. Najpiękniejsza i w najlepszym stanie jest powała (sufit), na którym umieszczono datę 1923 rok. Chata nie miała fundamentów i stała przez wiele lat po prostu na kamieniach i glinie, ale udało się uratować część desek z podłogi, które po odnowieniu nadadzą się na podłogę. Ogólnie chcemy wykorzystać i odnowić co się da. Podejście ekonomiczno-ekologiczne.

Poza bardzo ciężką pracą, która daje ogromną radość i sens, były i chwile prawdziwego relaksu. I bujanie w hamaku z widokiem na pasmo Radziejowej, i spacer boso po łące pełnej stokrotek i prawdziwe ognisko z prawdziwymi pieczonymi ziemniakami. Jesteśmy tak szczęśliwi na naszej Suchej Strudze, tym naszym malutkim, zapomnianym przysiółku, bo tu jesteśmy tak blisko natury jak to możliwe. Najbardziej lubię pracę na polu, mimo, że jest ciężka. Taka praca daje niesamowitą wolność. Wiem, że w każdej chwili mogę przysiąść i odpocząć, a nie pracować na komendę jak mi korporacja nakazuje, czy mam na to akurat siły czy nie. Poza tym, bardzo mnie cieszy to, że na Strudze mogę spokojnie porozmawiać z Witoldem. W mieście nie mamy na to czasu. W górach spędzamy dużo więcej czasu razem. Nawet jeśli robimy co innego, to za chwilę się zwołujemy i pijemy razem kawę i snując plany.

      
A strawa? Rozkoszowaliśmy się tym co najprostsze i najsmaczniejsze. Naszymi podstawowymi produktami były: ziemniaki i cebula od sąsiada, świeży nabiał od sąsiadki, jaja kacze i kurze oraz swojski boczek i kiełbasa przywiezione z Krakowa od znajomego rolnika. Dokupiliśmy jeszcze parę kiszonek i lokalnych warzyw. I tyle starczy żeby zrobić porządne, treściwe posiłki po ciężkiej pracy. Z tego wszystkiego powstawały przepyszne swojskie dania: jajca na śmietanie z zerwaną świeżo pokrzywą, ziemniaki okraszone skwarkami i cebulą, a do tego biały ser z pokrzywą, wspaniałe zupy ziemniaczane, do których raz dodawaliśmy trochę kaszy jaglanej, raz więcej pora, a innym razem cebuli. Podstawę zupy stanowiły boczek i kiełbasa.

A ziemniaki i kiełbasa z ogniska… to była niewyobrażalna rozkosz z gratisowym koncertem ptaków. Prawdziwym ułatwieniem przy rozpalaniu ogniska okazało się eko-ognisko (można kupić tutaj). To taka przyjazna środowisku rozpałka w kształcie stożka. Rozpałki, które można znaleźć w sklepach, zawierają najczęściej substancje chemiczne bądź też są mało skuteczne. Ten sprytny stożek jest wykonany z przyjaznych dla środowiska komponentów – patyczków z suchego drewna, trocin, małej ilości wosku parafinowego czystej postaci oraz tektury. Nadaje się też do pieca, kominka czy grilla. Z eko-ogniskiem nie trzeba było czekać nie wiadomo ile na rozpalenie ognia. Wystarczy je położyć na palenisku i obłożyć drewnem. Ogień gotowy autentycznie w 5 min. Polecam wszystkim, który nie lubią tracić czasu i nerwów na rozpalanie ogniska.

      

A na przekąski dla szybkiego uzupełnienia energii mieliśmy jabłka, banany, olej kokosowy i batony Zmiany Zmiany oraz paleo biscotti mojego autorstwa na mące kasztanowej z daktylami, orzechami i suszonymi morelami. Te ostatnie najlepiej smakowały z kawą, naszą małą słabością :)

   

Dodaj komentarz
  • Michał Rutkowski
    2015-05-03 21:57

    Monika - zapachniało mi górami od razu tutaj! Na serio i na poważnie i na serio i na poważnie - z miłą chęcią pomogę w pracach ogrodniczo - budowlanych! Uwielbiam kopać, sadzić, plewić. I lubię też pomagać. Numer znasz. Mam teraz więcej czasu, więc call me :-)

  • Krystyna Szyłejko
    2017-02-17 22:16

    Brawo za odwagę i konsekwencję w realizacji marzeń. Warto było. Wszystkiego co najlepsze

  • Paleo Strefa
    2017-02-18 07:39

    Pani Kasiu, dziekuje za mile slowa. Bylo (jest) ciezko ale warto. Tak to z misoscia juz jest :) Burzliwie. Pelno emocji.

Subskrypcja

Bądź na bieżąco i otrzymuj na skrzynkę niepublikowane na blogu cenne porady!