Góry inne każdego dnia

Co najbardziej lubię w górach, to że każdego dnia, i o każdej porze dnia wyglądają inaczej. Raz są porażone promieniami słońca, a innym razem zakryte szczelnie chmurami. Po deszczu parują, a nocą są takie spokojne, uśpione. Takie widoki mogę obserwować z okien swojej chaty. A niedługo również z tarasu. Nie ma nic piękniejszego jak cudowny widok z tarasu i do tego zapach i smak kawy i wolności.

       

Budowa chałupy

W ciągu dwóch tygodni wakacji zrobiliśmy mniej niż planowaliśmy. Czy mnie to martwi? Chyba już nie. Tak to jest z planami. Są tylko na papierze, a życie pokazuje co innego. I tak uważam za wielki sukces, że udało się zrobić fundamenty pod chatą. Kiedy cały dom już stoi, to wylanie fundamentów jest rzeczą bardzo uciążliwą, pracochłonną i kosztowną. Kiedy tak patrzyłam na chłopaków wpychających bloczki cementowe pod już stojące ściany i podciągających ciężkie bale do góry, żeby jakoś wpasować fundament to sobie pomyślałam, że to tak jakby urodzić dziecko i próbować je z powrotem wepchnąć skąd wyszło. To prawie niemożliwe. Dlatego prace idą tak wolno. Co zrobić. Dobrze, że się w ogóle da. Jak to się uda, to będzie w miarę z górki. Kolejny etap to wymiana pięciu bali w najgorszym stanie na całkiem nowiutkie. Przy tej okazji wyprostuje się wszystkie krzywe ściany i wstawi dwa nowe okna, które już czekają na odbiór. Potem trzeba będzie ocieplić podłogi na dole i dalej to już z górki, bo sami sobie będziemy z Witoldem układać boazerie. Nowe deski będą tylko na dwóch i połowie ściany, bo zostawiamy odkryte stare bale na jednej całej ścianie i połowie drugiej. Klimat starej chaty jest dla mnie ważny. Poza tym te stare bale… magia. Dają piękne światło i atmosferę. Tutaj można sprawdzić inne posty o budowie chaty i naszym życiu na wsi.

   

Jest budowa, muszą być straty. Witold rozciął porządnie dłoń i musieliśmy pędzić do Nowego Sącza na szycie. Kilkanaście szwów - tak czasem kończy się przygoda z kantówką. Cienki, długi drucik od szykowania fundamentów zaczepił się o urządzenie i rozerwał Witoldowi dłoń. Miał dużo szczęścia, że poharatał „tylko” mięso, a tętnice, ścięgna i kości pozostały nietknięte. Przynajmniej tak się wydaje. No i nie ma komu robić.

Mimo, że na razie stan naszej chaty oceniam na „I feel hardcore” zdecydowała się do nas przyjechać Pierwsza Odważna Turystka – Paulina. Podziwiam ją za siłę. Ani przez chwilę nie zajęczała, że jest niewygodnie. Szacun. W dodatku to był jej pierwszy raz w górach. Paulina spała w swoim namiocie z tyłu naszej chaty z jeszcze lepszym widokiem niż my, bo wyżej. Myła się w zimniej wodzie jak my (tylko ostatniego dnia była kąpiel w balii) i chodziła sobie po górach albo odpoczywała w hamaku z książką w ręku. Razem robiliśmy śniadania i miło spędzaliśmy czas przy ognisku piekąc ziemniaki. Chyba jej się podobało. Szczególnie pieczenie ziemniaków :)

Co na łące i w lesie

Ja również w ramach odpoczynku biegałam po lesie i swoich grządkach w poszukiwaniu skarbów. Fotografowałam kwiatki, zioła i drobne stworzenia.

W moim warzywniku coraz zieleniej. Obficie obrodziły rzodkiewki. Co rano szłam zebrać świeżą partię do śniadania przy okazji zahaczając o nasz strumyczek, nad którym rośnie dzika mięta.

               

Gospodyni

Mam w planach być ciągle szczęśliwa i zdrowa. Chciałabym się długo cieszyć moją wsią, bo tu czuję się na miejscu. To zupełnie inny świat, niż ten w mieście. Jestem przekonana, że zmiana mojej diety miała ogromny wpływ na to, że jestem zdrowa, mam dużą odporność i pogodę ducha i coraz więcej spokoju w sobie. Sama dieta to jednak za mało. Równowaga między pracą, a odpoczynkiem jest jeszcze ważniejsza. Wiem jak stres i nadmiar pracy potrafi zniszczyć człowieka. Moim zdaniem trzeba umieć odpocząć nawet od pracy, którą się kocha i która daje wiele radości. Umiar we wszystkim jest najważniejszy. A druga najważniejsza rzecz to stały kontakt z naturą, która daje siłę jak się z nią nie zadziera. Nie dziwie się sobie i innym, których po pracy w biurze tak bardzo ciągnie na wieś czy chociaż do parku. Tu na wsi jest tyle do roboty, ciągle by człowiek gdzieś łaził, a tablety i inne internety rzuca się z przyjemnością w kąt. Przegrywają z naturą.

Co lubię?

Robić zdjęcia. Nigdy nie uczyłam się fotografii. Zdjęcia robię intuicyjnie. Nigdy nie poprawiam swoich zdjęć, publikuję je takie jakie są, bez retuszu, wyciągania barw itd. Jeśli się nie uda -trudno. Eksperymentuję. A czasami spędzam kilka godzin, żeby zrobić idealne zdjęcie.

Stare drewniane domy. Uwielbiam kolor, zapach i klimat starych bali, które zawsze kryją jakąś tajemnicę. Taka jest nasza chałupa i stodoła. W chacie ze starych bali bardzo dobrze się mieszka. Latem daje chłód, a zimą chroni od mrozu i trzyma ciepło z kominka. Poza tym to naturalny materiał przyjazny dla człowieka.

   

Ćwiczyć Pilates na łonie natury. Kiedy tylko jest ciepło na zewnątrz, wstaję rano, żeby już o 7:00 móc rozłożyć matę i poćwiczyć. Słońce właśnie pokazało się zza gór i oświetla moją pilatesową polanę. Krowy już od dawna się pasą. W ich towarzystwie ćwiczy się pilates jak nigdzie indziej. Dookoła zapach łąki, siana, a czasem jakiś motylek przeszkodzi w ćwiczeniu single leg stretch. Marzę, żeby właśnie w tym miejscu kiedyś zbudować mały pilatesowy domek, w którym będę mogła ćwiczyć z moimi Gośćmi niezależnie od pogody.

Zbierać kwiaty i zioła na łące. I robić z nich piękne, wiejskie bukiety. Łąka to dla mnie kolejne nowe pole do odkrycia. Myślę, że nie jestem świadoma jakie cudowne leki i pożywienie mam na łące. Nauczę się.

Gotować. Eksperymentować w kuchni. Próbować nowego, odkrywać moc drzemiącą w dzikiej żywności. Odnajdywać swój optymalny pokarm. Cieszyć się świeżymi i naturalnymi produktami. I pokazywać innym, że żywność to lekarstwo, a nie tylko przyjemność. Dlatego układanie planów żywieniowych dla moich klientów sprawia mi tyle radości. To trochę jak puzzle i praca u podstaw.

Strawa

Jakoś trzeba było się zorganizować na dwa tygodnie ze strawą wiedząc, że jest tylko kuchenka gazowa, brak ciepłej bieżącej wody do mycia garów i niewiele czasu na szykowanie jedzenia, bo dużo pracy wokół, a pierwszy sklep 3,5 km jazdy offroad lub pieszo ostro w dół (tutaj jesteśmy). Jeszcze w domu w Krakowie postanowiłam nas przygotować na pierwszy tydzień. Zrobiłam gulasz z dzika i zupę kalafiorową na kilka dni i zapasteryzowałam. Wzięłam kiszonki w słoikach, duuużo ziemniaków starych i młodych, prawdziwe masło (bo krowa u sąsiadów cielna i mleka nie daje), śmietanę wiejską no i oczywiście jajca – chyba 50. Dodatkowo słonina, boczek, oliwa z oliwek, sery camambert, passatę, dużo bananów dla ciężko pracujących i inne drobiazgi. Zrobiłam paleo biscotti, które poszło w 3 dni, a miało starczyć na tydzień. Oj było pyszne. Przepis muszę jakość odtworzyć i wkrótce opublikować, bo warto spróbować. Wciągają. Do kawy pysznie smakowały orzechy w surowej czekoladzie. Jak zjeżdżaliśmy załatwiać jakieś budowlane sprawy to zahaczaliśmy o naszą ulubioną cukiernię Magdalenka, gdzie mają dobrą kawę i wiedzą co to americano :) Ciast bezglutenowych niestety nie ma, a lody za słodkie. No a jak zabrakło kawy to się szło na Cyrlę (20 min piechotką w górę) na kawę z domową naleweczką z miodu albo mięty.

W drugim tygodniu pojechaliśmy na zakupy do Nowego Sącza do sklepu Rafa – taka nowosądecka Alma. Duży wybór dobrego mięsa i wędlin, nawet ekologiczne warzywa. Kupiłam dobry boczek, świeże udka z królika na zupę pomidorową, filet z indyka na potrawkę, dobrą kiełbasę na grilla, kabanosy na przekąskę dla Witolda, eko jaja i eko ziemniaki, dużo malinówek do jajecznicy i świeżych ogórków na mizerię. Nawet ekologiczną śmietanę, kefir, twaróg i jogurt, na które bardzo mieliśmy ochotę w upał. Jedliśmy je z rzodkiewką i do ziemniaków i jaj.

Poza tym korzystałam z całego bogactwa dzikiej mięty, swojej melisy, oregano, rozmarynu i tymianku. Jedliśmy zebrane w lesie świeże poziomki do jajecznicy i do śmietany. Robiliśmy surówki z rumiankiem, fiołkami i miętą. Zaczerwieniły się porzeczki i dojrzały jagody, które jedliśmy na kolację ze śmietaną i melisą.

Zabrałam też ze sobą kaszę jaglaną, ryż i mąkę kokosową i kasztanową (usmażyłam naleśniki z boczkiem i naleśniki z bananem), ale właściwie poza raz użytą kasztanową i jaglanką w ogóle nie mieliśmy ochoty na te produkty. W ogóle nie podchodziło mi też ani mleko kokosowe, ani nic innego z kokosem. Przy takiej prawdziwej, świeżej śmietanie kokos może się tylko zaczerwienić ze wstydu. Po prostu czułam, że to nie jest miejsce na jedzenie niczego kokosowego i śmierdziało mi to sztucznością. Za to zajadaliśmy się pieczonymi ziemniakami z masłem i solą. Najlepsze!! A potem grzaliśmy się przy ognisku późnym wieczorem wypatrując gwiazd.

   

W zeszłe wakacje na Strudze popełniłam błąd, bo karmiłam nas kiełbasami, parówkami i kabanosami, które wydawały mi się tam najszybszym i najwygodniejszym jedzeniem. Nie dość, że wróciłam z wakacji z nadwagą mimo, że ciężko fizycznie pracowałam, to jeszcze cały czas czułam się niedojedzona. W końcu to nie jest prawdziwe, pożywne mięso!

Dodaj komentarz
Subskrypcja

Bądź na bieżąco i otrzymuj na skrzynkę niepublikowane na blogu cenne porady!