sucha struga
 
Kto jeszcze nie zna historii naszej Strugi, niech poczyta sobie moje wcześniejsze wpisy o tym jak to parę lat temu zdecydowaliśmy się na kupno starej chatki wysoko w górach. Dopiero po pewnym czasie okazało się, że chatka wymaga generalnego remontu. Ale tak spodobała nam się wolność i kontakt z naturą na wsi, że zakasaliśmy rękawy i działamy.

Plony

Przemierzając naszą działkę zawsze natknę się na jakąś niespodziankę. Na 2 ha trudno o kontrolę przyrody, szczególnie, że nie ma mnie tam na co dzień. Uradowałam się, kiedy okazało się, że jestem właścicielką krzaków aroni i masy rozpychających się wszędzie jeżyn. Jeszcze zresztą nie w pełni dojrzałych. Nastał czas intensywnych zbiorów. Na zbiór jeżyn trzeba wybrać się w kuloodpornym kombinezonie, bo tak france kłują. Na drzewach dojrzewają śliwki, a na krzakach aronia. W porównaniu z tymi sklepowymi, jeżyny z lasu są mniejsze i słodsze, a śliwki robaczywki :)

Całkiem zdrowe i smaczne plony zbieram z mojego pierwszego w życiu, samodzielne obsadzonego i pielęgnowanego warzywnika. Posadziłam w większości warzywa z nasion ekologicznych, które kupiłam w Plantico. Nie wiem czy to kwestia jakości ziemi czy mojej dbałości o grządki czy też kwestia jakości nasion, ale plony są obfite i zdrowe porównując na przykład z grządkami sąsiadki. Nigdy nie jadłam tak dobrych i słodkich buraków. Zapewne to też kwestia świeżości, bo do ugotowanego barszczu poszły buraki, chwile wcześniej zebrane z pola.

   

Grządek niczym nie nawożę z wyjątkiem skorupek jaj, które przywożę z Krakowa. Na słonecznik napadły mszyce, które potraktowałam mieszanką oleju i sody i poskutkowało. Inne świństwa się nie czepiają.
Bardzo mnie cieszy, że teraz przyjeżdżając na Strugę nie muszę przywozić ze sobą praktycznie innych warzyw, bo wszystko czego potrzebuję mam na miejscu, kilka kroków obok chatki. Do tego zdrowe, niepryskane i świeże. To jest dla mnie najważniejsze. Na mojej wsi mogłabym jeść tylko boczek, ziemniaki, jaja i świeże warzywa i owoce z lasu. Nie mam ochoty na nic innego.

   

Cały kosz świeżych warzyw                                            Koper suszy się do kiszenia 

Nie da się ukryć, że jesień zbliża się wielkimi krokami. Łąka zaczyna przekwitać, a zioła usychają i produkują nasionka, żeby rozsiać się na przyszły rok. Postanowiłam zebrać nasiona dziewanny, żeby rozsiać ją na moim skalniaku. Nasiona najlepiej posiać przed zimą, żeby tam przezimowały, i na wiosnę zaczęły kiełkować. 

Słoneczniki dojrzewają, warzywa korzeniowe można wykopywać. Ku mojemu zaskoczeniu natura zasadziła na moim poletku małe wrzosowisko, które będzie się rozrastać z roku na rok. Nasza łąka obfituje w dziką miętę, którą ususzyłam na zimę, tak samo jak dziki tymianek.

  

Zaczątek wrzosowiska                        Kwitnąca dzika mięta                      Słoneczniki zaraz będą gotowe

 

Budowa chatki
Tym razem wymieniliśmy część starych, sypiących się bali na nowe. Witold pięknie je ponacinał, żeby tworzyły klin z już istniejącymi. Nowy bal waży jakieś 400-500 kg więc bez pomocy sąsiadów się nie obyło. Pomogła też specjalna waga-podnośnik, którą przymocowaliśmy do górnych bali. Bale są tak sprytnie ponacinane, że tworzą stabilny klin. Nie ma mowy, żeby ściany się zawaliły. Nie lada wyzwaniem było właściwe ponacinanie i potem wpasowanie bali. W tym celu konieczne było podniesienie i podklinowanie górnych bali, żeby stworzyć trochę przestrzeni do wetknięcia nowego drewna. Widok opadającego okna, które ciągnie bale ze sobą w dół napawał mnie przerażeniem. Byłam pewna, że wyjmując jeden klocek, dach spadnie nam na głowę. Ale cieszy mnie, że wszystko zaczyna jakoś wyglądać.

   

   
Równowaga
Swoim zwyczajem, znajdowałam czas na równowagę między pracą, a odpoczynkiem. Pilates na trawie w towarzystwie krów, ptaków i robaczków stawia mnie na nogi. Miałam nawet chwilę czasu, żeby podrzeć stary podkoszulek na przędzę do mojego kosza. Siorbiąc leniwie kawę i wgryzając się w pierniki i brownie, powoli przybywało rzędów w moim koszu.

   
Miłym zwieńczeniem dnia było ognisko i pieczone ziemniaki i buraki jedzone oczywiście z boczkiem albo z masłem wiejskim i solą. Uwielbiam! Trochę się trzeba natrudzić, żeby zrobić ognisko. Najpierw szłam do lasu po drewno. Zrobiłam kilka rundek pod górę, zanim uzbierałam odpowiednią ilość gałęzi i cienkich witek na rozpałkę. Potem porządne rozpalenie ogniska, a jak już żar gotowy wtedy dopiero można wkładać ziemniaki do popiołu i czekać 40-60 minut, aż się upieką. To cały rytuał, ale jaki przyjemny i jak wyśmienicie potem smakuje! Poza tym trening z kłodami przed obiadem pobudza metabolizm :)

      

Dodaj komentarz
  • wimi
    2015-08-27 15:43

    ale ładnie ! poproszę o adres

Subskrypcja

Bądź na bieżąco i otrzymuj na skrzynkę niepublikowane na blogu cenne porady!