Wybraliśmy się do Doliny Pięciu Stawów Polskich, żeby uczcić moje 40te urodziny. Nocleg w 2 osobowym pokoju trzeba było zarezerwować już jakieś pół roku wcześniej.
Nie lubię polskich Tatr, bo zawsze tu pełno turystów, a szlaki przeludnione. Morskie Oko zawsze omijam z daleka. Mimo wszystko to piekne góry, a szlaki to niezłe wyzwanie, na które miałam ochotę po złażeniu Beskidów. Zatem przebolałam małe niedogodności związane z nadwyżką człowieków i ruszyliśmy w drogę.

O tej porze roku w Tatrach to początek wiosny. Super było cofnąć się w czasie i obserwować po raz drugi w tym roku jak rozkwitają rośliny, które na dole już dawno się rozwinęły albo przekwitły.

Kiedy jestem na szlaku to zawsze nachodzą mnie różne myśli, na które nie mam czasu w mieście. Przede wszystkim w takim miejscu jestem zawsze zachwycona przyrodą, naturą, której człowiek niestety tak bardzo nie szanuje, że aż serce się kraje. Przykro by było jakby tych dzikich gór nie było.

Z "Piątki" - tak w skrócie turyści nazywają Schronisko w Dolinie Pięciu Stawów (1665 m. npm) - wyruszliśmy z rana do Przełęczy Zawrat (2158 m npm). Warunki jak na ostatnie dni maja nie były zaskakujące. Przy Schronisku gdzieniegdzie śnieg, a im dalej, tym śniegu więcej. Właściwie to po kolana. Śnieg ciężki i mokry. Wędrówkę ratują kije i raki, bez których nie wyobrażam sobie tam wejść. Ślisko i moment nieuwagi może się skończyć conajmniej zjazdem w dół. W górach potrzeba dużo ostrożności i uwagi przed każdym krokiem. Im wyżej, tym niebezpieczniej, ale coraz piękniejsze widoki i szersza perspektywa. Góry uczą życia. Zauważyłam, że z każdym szlakiem jestem coraz odważniejsza, co przekłada się też na moje życie codzienne. Nie boję się wyzwań, trudności, i zgadzam się na rzeczy, na które nie mam wpływu. Mniej szaleję, że nie jest po mojej myśli.

Dolina Pięciu Stawó
Z "Piątki" na Zawrat idzie się jakieś 2 h, a szlak jest przepiękny, bo widać całą Dolinę, błyszczące w słońcu stawy, okoliczne szczyty i wyraźnie odstający wysokością, delikatnie zachmurzony Krywań (2494 m. npm). Niesamowite uczucie, kiedy już widzisz, że nie możesz wejść wyżej, bo wyżej już tylko chmury. Sama końcówka podejścia dość wyczerpująca, bo stroma, i ciężko się brnie przez śnieg. Pulsometr pokazuje 85% HR Max. Turyści bez raków zawracali w obawie o własne bezpieczeństwo, a Ci którzy parli dalej, odpoczywali parę razy po drodze, żeby tylko złapać głęboki oddech.
Poza tym, ciężko by było iść szybciej, bo zatrzymują nas piękne widoki, które trzeba sfotografować, albo urocze miejscówki na przekąski czy zalanie LYO FOODa. Znaleźliśmy sobie taką miejscówkę przed najcięższą podejściówką, gdzie przekąsiliśmy conieco na wzmocnienie i połaziliśmy boso po kamieniach i śniegu. Chyba każdy lubi jeść na łonie natury, ale w takim miejscu to przeżycie nieziemskie. Wokół Wysokie Tatry, a my siedzimy, nic się nie dzieje, nuda. Wspaniałe!

Ruszając dalej, słońce dawało nam się we znaki. Mimo, że temperatura powietrza była pewnie około 15C, to nam było gorąco. Nie dało się iść bez ciemnych okularów, bo można było oślepnąć od odbijającego się od śniegu słońca. Przed słońcem pokryliśmy twarze olejem kokosowym (naturalny filtr 4), ale jak się potem dotkliwie okazało, niewystarczającym. Ja miałam na głowie chustę, ale Witold szedł z gołą głową, bo ciągle mu było gorąco. Następnego dnia zapłacił za nierozwagę sączącymi się bomblami, opuchniętymi uszami i szyją. Poratował nas kefir, którym się obkladaliśmy cały wieczór. W głowę zachodzę, jak mogliśmy popełnić taki błąd! Przecież chodzimy po górach regularnie, a tu taka porażka. Jak nowicjusze! Witold był wściekły! Ja swoim zwyczajem przyjęłam to jako kolejną lekcję. A propos głupich zachowań w górach, to byliśmy też świadkami akcji TOPR, który przyleciał po jakiegoś turystę, który utknął na Małym Kozim Wierchu. Widać nie docenił mocy gór.
Powrót z Zawratu był szybki, niemalże ślizgiem znaleźliśmy się na dole :) Odczułam moc grawitacji i słabość moich stawów kolanowych. Najbardziej nie lubię schodzić z góry, zdecydowanie wolę podchodzenie.

       

Nabraliśmy apetytu na jakieś konkretne jedzenie. Kawał mięcha i ziemniaki to byłby obiad marzeń. "Piątka" jesli chodzi o menu, plasuje się moim skromnym zdaniem gdzieś na samym końcu stawki. W górach w końcu widoki są najważniejsze, ale czegoś dobrego po całym dniu wspinaczki człowiek by skosztował. Jadaliśmy już w paru schronach, ale jaka w"Piątce" jest masówka to niewiarygodne. Przemiał turystów ogromny, więc żadnej możliwości modyfikacji. Kotlet bez panierki? Nie ma mowy. Na śniadanie bigos? Gdzie tam, teraz serwują tylko śniadania czyli zupa mleczna albo kanapki i ewentualnie jajecznica. Swoją drogą, nie wiedziałam, że można tak spieprzyć jajecznicę.
Właściwie się nie dziwię. W końcu to masowe żywienie, nastawienie na zysk. Ale nie za bardzo można było zjeść coś dobrego. Szczególnie jeśli chodzi o źródło białka. Dzięki Bogu mieliśmy jedzenie liofilizowane. Na śniadanie jedliśmy bigos LYO FOODS, obiad to był oskrobywany z panierki schabowy z ziemniakami i surówkami, albo oscypek z żurawiną. Na kolację już nie miałam ochoty.

LYO FOODLYO FOOD

Mieliśmy ze soba trochę przekąsek na drogę - szybkie źródła energii tj. pastę kokosową, batony zmiany zmiany, banany, chipsy kokosowe i liofilizowane owoce z LYO FOOD (fantastycznei smakowały zmieszane z czipsami kokosowymi. Bardzo mi się spodobały te owoce, bo pysznie smakowały zarówno na surowo jak i zalane wodą - wtedy tworzył się taki kisielo-kompot. Super sprawa. Wezmę nastepnym razem na pewno. Powiem Wam, że tak dobrego liofilizowanego jedzenia nigdy nie jadłam. Myślę, że nie jeden by się nabrał i pomyślał, że zjada domowy prawdziwy bigos (100% bezgluten). Rewela! To samo ryż ... (100% bez laktozy, niestety śladowe ilości mąki pszennej). Jedyny minus tych liofilizatów, to zbyt mała kaloryczność. Porcja bigosu to tylko 500 kcal. To zdecydowanie za mało, jeśli chodzi o potrzeby osoby, która cały dzień się wspina i spala dużo więcej energii. Przynajmniej mi jej brakowało. Dojadaliśmy więc pastą kokosową (ponad 500 kcal w 100 g), batonami zmiany zmiany (też ok 400 kcal) i bananami .
Następnym razem wezmę jeszcze jakieś suszone mięso, żeby dodać sobie do jajecznicy albo do ziemniaków na obiad.

Moja rekomendacja dla wszystkich 100% paleo i przymusowych bezglutenowców - bierzcie swój prowiant, bo nie pojecie, a siły mieć trzeba.

Na powyższych zdjęciach widzicie jak prosto jest przygotować liofilizat (tu więcej o tym, co to jest liofilizacja).

Jak się to robi:

LYO how to

źródło zdjęcia: http://lyofood.pl/

No i jeszcze zdanie o kawie, bo to jeden z naszych ulubionych napojów. W "Piątce" oferują albo parzoną, albo rozpuszczalną. W starciu z tym czymś, co nazywają parzoną, "nibykawa" w postaci rozpuszczalnej niestety wygrała. To co tam dają jako parzona, smakowało jak popłuczyny, niepodobne do kawy.

Przyglądałam się trochę turystom, którym właściwie było wszystko jedno co piją i jedzą. Niestety. Jaki klient, taka obsługa. I jak możecie się domyślać, wyciągali pszenne bułeczki z wędliną, dojadali zamówionym żurkiem i bedzie. To ja już rozumiem czemu się na mnie obsługa patrzyła jak zamawiałam oscypka z ziemniakami, albo pytałam czy w gulaszu jest mąka (była).

Zwieńczeniem naszej wyprawy było niedoceniane i mało uczęszczane (na szczęscie) schronisko w Dolinie Roztoki  (1031 m npm). Przepięknie położone w lesie. Co prawda bez żadnych widoków, ale jaka cisza, spokój i śpiew ptaków! Urzekła mnie też bardzo domowa obsługa i... w końcu pyszna kawa! Jako jedyny schron w tej części Tatr mieli ekspres do kawy. Niby niewiarygodne, a jednak. Dlatego tak lubię szwędać się po górach w Austrii, bo tam dobra kawa to podstawa. Tam każde szanowane schronisko ma dobry ekspres i dobrą kawę. Widać gusta turystów bardziej wysublimowane. Polacy na razie obywaja się byle czym, oby było. Osobiście wolę nie pić kawy, niż napić się byle jakiej.
Wracając do Roztoki to i jedzenie mają tam lepsze. Kotleta schabowego mogłam zamowić bez panierki, a jajecznica smakowała jajecznicą.

Z "Piątki" wiedzie na pewno dużo więcej ciekawych szlaków, które są w zasadzie na wyciągnięcie ręki, ale gdybym miała ochotę na samotność, to zdecydowanie wybiorę Roztokę.

Co wzięłam ze sobą w góry na 4 dni:

  • kurtka przeciwdeszczowa - cienka, przeciwwietrzna, łatwa do spakowania
  • kurtka puchowa - mega lekka, wartą ją mieć, gdyby okazło się, że temperatura na minusie (tak jak w naszym przypadku)
  • spodnie przeciwdeszczowe - na wypadek, gdyby po drodze złapała ulewa
  • spodnie szybkoschnące 1 x (na sobie)
  • grubszy polar 1 x (na sobie)
  • koszulka z długim rękawem x 2 (w tym jedna na sobie)
  • koszulka z krótkim rękawem x 1
  • bielizna termiczna tzw. kalesony 1x - na wypadek mrozu i slużyła mi jako piżama
  • skarpetki cieńsze i grubsze po 1 parze - zawsze można przeprać, ale ja chodziłam 3 dni w jednych :)
  • 3 pary majtek
  • klapki pod prysznic - mieliśmy jedną parę na dwójkę, bo szkoda miejsca
  • buty górskie do kostki (na sobie)
  • kapcie po schronisku
  • kijki - bardzo lekkie i składane, zajmują mało miejsca. Już nie wyobrażam sobie iść bez kijów.
  • stuptuty - żeby spodnie nie mokły w śniegu
  • raki/raczki - do podchodzenia po śniegu niezbędne
  • pulsometr/zegarek (mam taki)- opcjonalnie. Używałam pulsometru przy wspinaczce, bo lubię wiedzieć jak ciężko pracowałam
  • mapa
  • aparat foto
  • czapka z daszkiem UV - na słońce
  • chusta wielofunkcyjna na głowę lub szyję- można ją wiązać na wiele sposobów, osobiście uwielbiam. Ostatnio liczyłam, że mam takich chust chyba 17 w domu :P, na zimę i lato. Tutaj filmik jak wiązać chustę.
  • grubsza czapka - na wypadek mrozu
  • ręcznik szybkoschnący - lekki, zajmuje bardzo mało miejsca, schnie migiem
  • śpiwór
  • okulary przeciwsłoneczne - słońce bardzo odbija się od śniegu, bez okularów nie da rady.
  • termos 500 ml x 2 
  • camel bag lub gryzak source do przykręcenia do butelki z wodą - mega wygoda.
  • scyzoryk wictorinox/multitool

Jedzenie:

Dodaj komentarz
  • Aga M.
    2015-06-08 10:36

    Moniko, bardzo cenny wpis. Szczególnie zainteresowała mnie część poświęcona żywności, bo jak już wcześniej wspominałam przygotowujemy się z moim TŻ na dwutygodniówkę rowerową, a dodatkowo jestem na AIP, co prawda od czasu do czasu mogę zjadać psiankowate, ale pieprz i jajka mam zabronione :(, co dodatkowo komplikuje sprawę. W takich właśnie momentach powiadam: że też człowiek musi jeść ;:)

    Dziękuję Ci za duża porcję cennych informacji.

    pozdrawiam serdecznie
    aga

  • Paleo Strefa
    2015-06-08 14:17

    bardzo się cieszę, że mogłam chociaż trochę pomóc w przygotowaniach. Jestes mega! Rowerowa wyprawa i AIP to jest dopiero sila woli.

  • Magdalena (zdrowiejzscd.blog.pl)
    2015-06-09 02:38

    Witaj Monika, patrzę na Tatry dzięki Tobie, przepiękne.
    Piszesz o warunkach obsługi/jedzenia w schroniskach. Niestety Polska jest nadal daleko w tyle za światem pod tym względem. My akurat podróżujemy po AU. Zajeżdżamy często w miejsca, gdzie stołuje się czasem parę osób dziennie. Ja mam zawsze swoje jedzenie ze sobą, mąż zwykle zamawia na miejscu. Obsługa dziwi się, że nic nie jem u nich, ja mówię, że mam sporo alergii i nie mogę (bo za dużo tłumaczenia co to jest Paleo ;) ). Wtedy wypytują co mogę, co chcę zjeść, oni mi zrobią. To jest niesamowite. Już kilka razy mi się to przydarzyło. Specjalnie dla mnie wymyślona sałatka, gotowane jaja czy oddzielnie smażone mięso bez sosu. I nigdy cena nie była inna od tej standardowej ceny sałatki w menu. A kawa, no tak, zawsze i wszędzie są ekspresy do kawy, nawet na najgorszym za..upiu. Mam nadzieję, że któregoś dnia w Polsce taka jakość obsługi zagości :)
    Pozdrawiam serdecznie :)

  • Paleo Strefa
    2015-06-09 09:39

    Magda, masz racje. W AU na pewno ludzie są bardziej pomocni, zyczliwi i wyrozumiali pod tym względem. U nas tego nie potrafią zrozumieć. Mysla, ze my sobie wymyślamy, jakies królewny jestemy, a tu nie ma wyboru - trzeba trzymać scisla diete bezglutenowa bo inaczej katastrofa. Tez marze o czasach kiedy w Polsce gastronomowie i hotelarze będą swiadomi i pełni zrozumienia. Pozdrawiam :)

  • Paulina
    2015-06-24 10:36

    Super ten BUFF :)

  • Asia Strak
    2015-10-24 11:19

    Właśnie jestem świeżo po powrocie z Tatr, gdzie chodziliśmy od schroniska do schroniska. Fakt 5 ma piękne widoki, ale jedzenie najgorsze. Ratuje też to schronisko wieczorna atmosfera, gdy dzienni turyści już sobie pójdą i na noc zostają fascynaci gór.Dzięki za propozycje żywieniowe na wyprawy.

  • Piotr Uznański
    2016-08-24 15:51

    Stary post, ale ma pytanko :)
    W jakiej formie jest ta pasta kokosowa? Wygodnie się to spożywa na trasie? Mam pastę kokosową od Dr.Pelc:
    http://drpelc.pl/pasty-i-masla-orzechowe/443-bio-pasta-kokosowa-100-kok os-ekologiczna-250g-ekogram-zielonki.html?search_query=pasta&results=8
    ale trudno u sobie wyobrazić sposób spożywania jej w trasie. Łyżeczką?

  • Paleo Strefa
    2016-08-24 19:59

    Piotrze, wygodniej Ci bedzie z taką: http://biosklep.com.pl/pl/p/Pasta-Kokosowa-BIO-200-g-Amaizin/1447 którą po prostu można gryźć. Ja wlasnie tak robiłam. Bo w szklanym opakowaniu na trasie to średnio, każdy gram pod góre się liczy :) Ta pasta jest w formie stałej, jak kamień wieć jak jest zimno to sie ja gryzie albo kroi nożem, natomiast jak jest gorąco to przemienia się w ciecz więc trzeba uważać żeby zawinąć już otwarte opakowanie co by się nie wylała w plecaku jak będzie prażyło. Daj znać jak poszło z pastą kokosową na trasie.

Subskrypcja

Bądź na bieżąco i otrzymuj na skrzynkę niepublikowane na blogu cenne porady!