jak się relaksowaćKiedy chcę naprawdę odpocząć wiem, że nie mogę zostać w mieście. Moim ulubionym miejscem na prawdziwe oderwanie się od rzeczywistości i całkowity reset jest Struga. Mój kawałek wsi, chata w budowie, prawie 800 m n.p.m. z dala od ludzi i wiecznie brudne stopy, ale uradowana gęba.

Najbardziej odpowiada mi to, że tam jestem cały czas w ruchu. Nie dość, że teren jest pochyły więc cały czas się trzeba trochę wspinać, to jeszcze jest go dużo bo ponad 2 ha. Nawet przy samym przygotowaniu obiadu czy śniadania pokonuje chyba kilka kilometrów, bo biegam w poszukiwaniu ziół na łąkę położoną powyżej. Następnie zbiegam na dół do warzywnika. No i potem się zaczyna. Wchodzę po drabinie do „kuchni” (przypominam, że dom jest w remoncie/budowie) często z wodą w butelkach, którą muszę przynieść z dołu, bo tam jest jedyny kran. Lubię jeść w ładnym otoczeniu więc targam z góry serwetunie, obrus, talerzyki itd. Znów biegnę na łąkę, bo przypomniało mi się, że trzeba nazbierać kwiatów do wazonu, który stanie na stole do jedzenia. A jak czegoś zapomnę, to znów wspinaczka po drabinie. Ja to nazywam trening funkcjonalny.

Dzień zazwyczaj zaczynam leniwie. Wstaję kiedy się obudzę. Bez presji. Zwykle sama budzę się wcześnie już około 6:00, a nawet i 5:00. Tutaj wyspana, rześka. W mieście zombi, i cały czas z zegarkiem w ręku.
Robię sobie moją ulubioną czarną kawę (czasem z paleo biscotti) kiedy Witold jeszcze chrapie i biegnę na polanę obok, którą już oświetliło słońce, żeby poćwiczyć pilates. Przy okazji chodzę boso po trawie dla zdrowia (masaż, czerpię energię z ziemi), głaskam krowy, które się na mnie dziwie patrzą, słucham śpiewu ptaków i szumu lasu bukowego, no i patrzę na góry. To mnie niesamowicie pozytywnie nastraja i powoduje, że cały dzień mam naładowany dobrą energią.

       

Potem przychodzi czas na śniadanie. Zwykle są to jaja w różnej formie, źródło dobrego tłuszczu i białka, ale jak jest bardzo gorąco wtedy lubię zjeść rano dzikie owoce z kaszą jaglaną i dodatkiem wiejskiego masła. Najlepiej smakują jedzone na świeżym powietrzu z ulubioną lekturą w ręku. Nikt nam wtedy nie przeszkadza, nie odrywa od posiłku.

   

Posiłki staramy się celebrować. To dobry moment, żeby się zatrzymać. Odkryć nowe smaki z łąki. Obmyślić nowy przepis. A przede wszystkim to dla mnie moment, żeby za to wszystko podziękować. Podziękować za to, że mam ten mój starusieńki domek w takim pięknym miejscu. Rozejrzeć się dookoła. Być tu i teraz.

Z eksperymentów wyszła pycha sałatka do obiadu: ogórek, młode liście topinamburu, botwinka, maliny, porzeczki czarne, koperek, mięta, melisa i kleks jogurtu greckiego (lepsza by była wiejska śmietana, ale nie było). Dużo witamin i rześkości.

Jako herbatę polecam zalać gorącą wodą miętę (na trawienie), melisę (koi nerwy i usypia) i dzikie maliny, można też dodać parę czarnych porzeczek. Owoce trochę rozgnieść łyżką. Przepyszna!

Mój najlepszy drink na ochłodę: woda gazowana, kilka plastrów cytryny, kilka(naście) dzikich malin, mięta i melisa. Fantastycznie odświeża i poprawia trawienie.

jak się zrelaksować

Latem jesteśmy tutaj częściej, ale i tak jestem za każdym razem zaskoczona, że przyroda się tak bardzo zmienia. Jeszcze dwa tygodnie temu jagody były całkiem zielone, a teraz już pełen sezon. Zachęcona przez sąsiadkę, która zebrała 7 litrów, poszłam pozbierać trochę dla nas. W niespełna dwie godziny uzbierałam 3 litry! Tyle radości, że się udało zdobyć składniki na kolację! Wróciłam cała umorusana jagodami i podrapana od gałęzi i kolców – poczułam się bezkarna jak mała dziewczynka. Fantastyczne uczucie!

A mój ogródek?! Dwa tygodnie nieobecności, a słoneczniki wyższe ode mnie, koperek sięga mi do kolan, a botwinę już można jeść w sałatkach albo chłodniku. Okazało się nawet, że urosła dynia, którą eksperymentalnie posadziłam z pestek na kiełki i nie wiedziałam czy coś z tego wyrośnie. Grzebanie w ziemi mnie uskrzydla, czuję się wtedy częścią przyrody.

         

Ogromnie relaksuje mnie wizyta na łące. Przyglądam się wszystkim kwiatom, ziołom, które mnie otaczają. Zbieram te, które mi się podobają na bukiety, a te które już poznałam używam w kuchni np. dzika mięta, fiołek, rumianek, dzikie maliny, młode pokrzywy. Jest tego masa, i dużo ziół podobnych do siebie. Trzeba się naprawdę znać, żeby je rozróżnić. To dla mnie na razie czarna magia. Ale mogłabym być czarownicą. Grzebanie w ziołach wydaje mi się fascynujące. To niewiarygodne, że wszystko jest na łące, nie trzeba biegać po aptekach, sklepach zielarskich, herbaciarniach. Trzeba tylko posiąść tę tajemną wiedzę.

   

Jak tylko możecie, odpoczywajcie na łonie natury. Na wsi, nad wodą, w górach. Umorusajcie się jak dzieci, nie myśląc praktycznie, że potem trzeba będzie szorować pięty! Pohasajcie boso na łące. Potarzacie się w sianie. Zróbcie coś twórczego. Podpatrujcie Wasze dzieci jak się bawią i czerpcie przykład. To jest prawdziwy reset. Na zdrowie!

    

 

Dodaj komentarz
Subskrypcja

Bądź na bieżąco i otrzymuj na skrzynkę niepublikowane na blogu cenne porady!