Paleo Chata

Jak sobie pomyślę ile już ciężkiej pracy włożyliśmy w naszą chatkę, to mi się w głowie nie mieści. Właściwie własnymi rękami przywracamy ją do używalności.
Jeszcze niedawno marzyłam o tym, żeby w końcu zrobić prawdziwe fundamenty, z którymi Witek i syn naszego sąsiada męczyli się niemiłosiernie. Zadanie było bardzo trudne. Bo jak tu zrobić dobry fundament pod chatą, która już stoi i ma nawet nowy dach?!?! To było jak ciężki poród dwojaczków. Potem marzyłam o tym, żeby wstawić nowe okna, co też nie było łatwe, bo złapać pion w tej starej chacie, to jak nakierowywanie myśliwca, żeby strącił komara. Ale znów się udało, i chata nabrała kształtu i zobaczyłam w niej swój przyszły salon z kominkiem i bujanym fotelem.

Kolejnym kamieniem milowym będzie wykonanie podłogi. Długo zastanawialiśmy się co wybrać. I nie chodzi tu o typ deski na podłogę bynajmniej. Tylko o izolację, czy zrobić wylewkę z betonu i styropianu czy kupić keramzyt (takie malutkie lekkie kamyczki). Musieliśmy wziąć pod uwagę to, że myszy grasują bardziej niż w miejskim bloku i mogą przegryść styropian albo węłnę izolacyjną , bo z łąki mają tylko rzut beretem (?). No i rzecz jasna koszt i czas. Beton musi schnąć miesiącami, a keramzyt można porozrzucać i tylko zalać niewielką ilością betonu. Stanęło na keramzycie, który nie jest tani, ale Witek Łowca Najlepszych Okazji wyczarował niewiadomo skąd, 4 tony keramzytu w akceptowalnej cenie. Tylko patrzeć jak będziemy tańcować na nowej posadzce.

paleo chatapaleo chata

Podzial kompetencji jest taki: Witold jest szefem budowy, a ja boginią mojego pola. Świeżbiły mnie racie, żeby pognać w pole, oj swędziały. Uprzątnęłam działkę i spulchniłam ziemię widłami wcześniej rozsypując na niej chyba ze 100 kilo skorupek z jaj, które zjedliśmy przez ostatnie 6 miesięcy. Było tego sporo, w końcu jemy min. 6 jaj dziennie. Skorupki dodadzą mojej ziemi minerałów i warzywa będą rosły jak się patrzy. Zasiałam 3/4 pola min pietruszką, pasternakiem, burakami, cebulą, ogórecznikiem, a dookoła pola nagietki i aksamitki, które będa odstraszały krety i ślimaki, a przyciągały pszczółki i bączki zapylając moj warzywnik. W następnej kolejności czekają jeszcze do posiania min. skorzonera, brukiew, jarmuż, pomidory, papryka i dynie, które rosną w Krakowie w rozsadniku. Jak to wszystko urośnie i nie zostanie zjedzone przez jelenie (jak w zeszłym roku) to jedzenia będzie na całą zimę. Dlatego postanowiłam, że ogrodzę częściowo moje poletko, co by zwierzyna leśna nie miała tak łatwo.

Kwiecień to też miesiąc przycinania drzew i krzewów owocowych. Nie mam się za bardzo czym pochwalić w tej materii, bo na razie tylko stare śliwy, które częściwo przemarzły i owoców mają niewiele. Zapewne trzeba będzie je kiedyś wyciąć, bo nawet cienia nie dają. Na razie służą jako paliki na hamak. Zasadziliśmy w ich miejsce parę nowych drzew: wiśnie, jabłonie i pigwę. Ale potrzeba kilku lat, żeby otrzymać owoce, nie mówiąc już o wielkich rozłożystych konarach.

paleo chatapaleo chata

Za to mój skalniak, który założyłam w zeszłym roku miewa się doskonale. Zakwitły pięknie różowo sasanki i reszta skalnej rodzinki. Zbieram już pierwsze zioła: oregano i szałwię. Mięta rozsiała się wszędzie i już przewiduję, że zawładnie całym ziołowym ogródkiem. Wariatka! Przyda mi się do lemoniad z cytryną, sałatek owocowych i deserów. W górach przyroda jest opóżniona o jakieś 2-3 tygodnie, bo z ziemi dopiero zaczynają wychodzić tulipany i szafirki. Nie mogę się doczekać, kiedy ogródek zakwitnie wszystkimi kolorami tęczy. Będzie też dużo nagietków i niezapominajki, a może nawet trochę łubinu. To jest to czym żyję. Uwielbiam jak mi rośnie. Mogłabym łazić po polu i patrzeć co chwile czy coś nowego nie wychyliło głowy, żeby się ze mną przywitać. Ale frajda! To mnie relaksuje najbardziej.

paleo chatapaleo chata

W chacie ciągle brak bieżącej ciepłej wody więc, żeby nie trudzić się z gotowaniem przywieźliśmy ze sobą jaja, wiejską kiełbasę i tym się żywiliśmy. Do tego masa młodych pokrzyw czy to do pomidorów, korzenia pietruszki czy jajecznicy i niczego więcej nie trzeba. Część pokrzyw upchałam w słoiku z olejem słonecznikowym extra vergine i zrobiłam w Krakowie pesto. Pycha. Miałam też schowane w piwnicy ziemniaki z zeszłego roku, które pieknie przetrwały zimę, więc Witold je zajadał (ja mniej). Wolę kaszę, którą sobie serwowałam na drugie śniadanie z bananem i masłem wiejskim. Sąsiadka była tak uprzejma, że przyniosła nam trochę (chyba z kilo) twarogu i śmietany, więc z głodu nie dało się umrzeć.

Tak, jestem wieśniaczką! Pełną gębą!

Tutaj cała historia naszej chaty.

paleo chata

Dodaj komentarz
Subskrypcja

Bądź na bieżąco i otrzymuj na skrzynkę niepublikowane na blogu cenne porady!